
Ostatnio w programie śniadaniowym usłyszałam, że najczęściej podejmowanym postanowieniem noworocznym Polaków jest…oczywiście schudnięcie XX kg. I zaczęłam się zastanawiać dlaczego jest to tak stały element naszych corocznych rozmyślań. Co powoduje, że co roku zaczynamy od nowa, czasami nawet z większym bagażem niż poprzedniego roku? I doszłam do wniosku, ze chodzi o brak planu działania.
Jakiś czas temu pisałam Wam już o dobrej organizacji. Tam jednak podkreśliłam istotę planowania poszczególnych posiłków i aktywności fizycznej, ale bardziej w kontekście z tygodnia na tydzień. Dziś chciałabym się skupić na tym, jak rozpisać plan działania w kontekście roku, by nasz cel został zrealizowany.
Przede wszystkim, jeśli już macie swój cel, to chciałabym Wam pogratulować. Pierwszy krok za Wami! Bardzo ważne jest to, by przemyśleć sprawę naszego celu – czy chcemy schudnąć 10 kg, bo naprawdę jest to nam potrzebne, czy też koleżanka podzieliła się z nami swoim celem i realizujemy go z nią? Łatwo wpaść w pułapkę realizowania cudzych celów, najważniejsze to w porę się opamiętać. Jeśli cel nie będzie nasz, nie odpowiemy sobie na pytania typu…
- „Czy tego właśnie chcę?”
- „Jak chcę tego dokonać?”
- „Czy na pewno tak chcę to zrobić?”
- …itp.
…to nie zrealizujemy naszego celu, nasze poczucie wartości spadnie i kolejnego roku obudzimy się z poczuciem „przegrania”, że znów nam się nie udało. A przecież nie o to chodzi!
Jeśli już wiemy, że naszym celem faktycznie jest zrzucenie 10 kg, to podejdźmy do tego z głową. Zastanówmy się jak możemy zrealizować nasz cel, tak aby było to skuteczne i jednocześnie nieobciążające nas w takim stopniu, by zaraz się poddać. Możemy sobie to wypisać w formie jakiejś listy, tabelki, narysować, czy jak kto woli, ale na pewno zrobienie takiej notatki dla siebie jest bardzo pomocne. Ciekawym pomysłem jest także ustalenie zasad – np. w tygodniu mogę zjeść maksymalnie jednego batonika, jedzenie na mieście ograniczam do 2 razy w miesiącu, ćwiczę przynajmniej 3 razy w tygodniu, rezygnuję ze słodkich napojów itp.

Dobrze przytwierdzić ją sobie w jakimś widocznym miejscu i co jakiś czas na nią spoglądać. Oczywiście samo zrobienie notatki i spoglądanie na nią niczego nie zmieni. Teraz ważne będzie przełożenie celu na działania. Warto stworzyć dla siebie harmonogram (miesięczny albo roczny), np. w formie planszy – polecam skorzystanie z darmowych plików, np. Design your life, które możemy sobie wydrukować i samodzielnie wypełnić (ja korzystam z nich regularnie, a w tym roku tworzę własny organizer – świetna sprawa!).
Ważne jest by podejść do sprawy realistycznie. Ja zaczynam od ustalenia w jakich godzinach mam zobowiązania i wiem, że na pewno nie uda mi się np. poćwiczyć. Nie ustalajmy 7 dni w tygodniu na ćwiczenia, bo niestety życie szybko zweryfikuje naszą dostępność, a my wpadniemy we frustrację, że znów zawodzimy samych siebie. Zastanówmy się ile faktycznie jesteśmy w stanie ćwiczyć. Jeśli wcześniej nie podejmowaliśmy regularnych treningów, to zarezerwujmy sobie początkowo 3 dni w tygodniu (np. w pierwszych 2-3 miesiącach, a potem stopniowo zwiększajmy).
Uwaga! Należy pamiętać, że nigdy nie zrealizujemy 100% planu, optymistyczne podejście mówi o 70%, ale warto mieć większy margines błędu i nie denerwować się na siebie za to 🙂
Wybierzemy też aktywność, która faktycznie da nam radość. Jeśli nie lubimy biegać, a na myśl o regularnym truchtaniu mamy gulę w gardle, to nie planujmy, ze od stycznia będziemy biegać, bo szybko stracimy motywację. Idźmy na basen, ćwiczmy w domu, zapiszmy się na taniec, dołączmy do jakiejś grupy grającej w siatkówkę itp. – róbmy to, co lubimy!
Tak samo racjonalnie podejdźmy do przygotowywania posiłków, gotowania i jedzenia poza domem. Wiadomo, że fajnie by było jeść 5 posiłków dziennie, codziennie je przygotowywać, nie jeść na mieście i chyba w ogóle z domu nie wychodzić. Tylko, że nie w tym sztuka by tak wytrwać, a w tym by dostosować się do naszych możliwości. Jeśli wracamy późno do domu, to przemyślmy jakie potrawy szybko jesteśmy w stanie przygotować. Najlepiej wcześniej, by po powrocie do domu szybko coś pożywnego zjeść i dopiero potem zająć się szykowaniem kolejnych dań. Jeśli musimy zjeść na mieście, to ustalmy sobie w głowie zasady, np. ja jak już muszę zjeść coś na mieście, to szukam „najmniejszego zła” – dla przykładu wybieram ryby, które rzadziej spożywam w domu albo wege burgera.
Oczywiście musimy wziąć pod uwagę też różne okazje, jak urodziny i inne świętowanie – nie katujmy się wtedy odmawianiem wszystkiego. Bawmy się dobrze, w miarę z głową, a wyrównajmy nadprogramowe kalorie następnego dnia mniej obfitym jedzeniem i zwiększoną aktywnością fizyczną. Warto również przemyśleć sprawę nagród. Może co miesiąc kupmy sobie coś do ubrania nowego albo idźmy do kosmetyczki, fryzjera, na mecz, koncert, cokolwiek, co sprawi, że poczujemy iż jesteśmy na dobrej drodze.

Na pewno pojawią się również wszelkiego rodzaju przeszkody. Także o nich powinniśmy pomyśleć już na początku. A w zasadzie nawet nie o nich samych, a bardziej o tym jak z nimi sobie poradzimy. Jest to też dobry moment na wyciągnięcie wniosków z przeszłości – odpowiedzmy sobie na pytania „co nam do tej pory przeszkadzało w realizacji celów?” oraz „co potrzebujemy zmienić, by zrealizować swój cel?”. Może potrzebujemy czyjegoś wsparcia, pomocy? Pamiętajcie – nie musicie być w tym sami. Jeśli potrzebujecie motywacji w formie czyjegoś towarzystwa, to po prostu o to poproście 🙂
Z takim podejściem na pewno zrealizujecie swoje cele – w każdym razie trzymam za Was kciuki!
